anorexia

  the eating disorders service

 

# główna
# z encyklopedii
# statystyka
# chłopczyce
# samotność ....
# objawy
# rodzaje anorexii
# jak to się stało ?
# wymuszone uczucia
# psychika chorej
# rozmowa z chorym
# leczenie
# leki
# powikłania
# BMI
# ośrodki pomocy
# test
# historie
# z mediów
# literatura
# linki
# diety
# podsumowanie
# z gazet
# galeria
# księga gosci
# mail- me


 

# historie

 

# 1

# „Wszystko zaczęło się w ósmej klasie. Miałam wtedy 14 lat. Próbowałam różnych sposobów na odchudzanie, niektóre dawały rezultaty, niektóre nie. Po jednej diecie, w ciągu tygodnia schudłam nawet 5 kilogramów. A kiedy rodzice kupili mi rower stacjonarny, rozpoczęłam dietę na dłuższa metę. Przestałam jeść kolacje i ćwiczyłam wieczorami. O słodyczach prawie nie było mowy. Zakładałam na siebie worki, które nie przepuszczają powietrza i pedałowałam do czasu aż pot po prostu po mnie spływał. Cieszyłam się wiedząc, że spaliłam dużo kalorii.
Po miesiącu schudłam. Efekty były widoczne. To podniosło mnie na duchu. Byłam szczęśliwa. Ale to są tylko pozytywne atrybuty takiego postępowania, a co z negatywnymi-też istnieją, chociaż zwracałam na nie mniej uwagi. Czułam się coraz bardziej zmęczona. Czasem już o godzinie 17 nie byłam w stanie się uczyć, zasypiałam nad książką. Później zaczęły wypadać mi włosy. Przestraszyłam się, tłumaczyłam to sobie w różny sposób: “są za długie i dlatego osłabione”, więc je ścięłam. Paznokcie zaczęły mi się rozdwajać i pękać, a moje stopy i ręce były zimne jak lód. “To nic takiego”, mówiłam sobie, przecież chudnę. Na każdą myśl o zajęciach sportowych, basenie cieszyłam się, bo to była kolejna okazja na spalenie kilkuset kalorii. Później miałam wypadek-zatrucie i wylądowałam na dwa tygodnie w szpitalu. Ale nie miałam anoreksji. Przytyłam nieznacznie. Chociaż wzrost wagi nie był duży, powróciła myśl ćwiczeń i ograniczenia jedzenia. Po pewnym czasie włosy wypadały mi niemal garściami i zaczęło mi się kręcić w głowie. Czułam się jak na karuzeli.
Gdy poszłam do lekarza, okazało się, że mam anemię, niedobór żelaza. Doktor przepisał mi tabletki i prawie wszystko wróciło do normy. Przez pewien czas jadłam normalnie. Teraz czuję się dobrze, ale nadal nie jem kolacji, ograniczam słodycze, jeżdżę w workach na rowerze stacjonarnym, chodzę na basen, saunę i na aerobik. Niemal na okrągło myślę o tym jak wyglądam. Powraca do mnie myśl odrzucenia jedzenia. Czasem popadam w depresję z tego powodu. A kiedy zjem za dużo mam wyrzuty sumienia i ochotę na zmuszenie się do wymiotów, bo sadzę, że to jest o wiele łatwiejszy sposób na oczyszczenie organizmu. Wolę uczucie głodu od sytości. Nic nie zmieni tego co robię i jak myślę, przynajmniej na razie. Z takim postępowaniem żyje mi się lepiej. Wiem, że to obłęd. Chciałabym jeść normalnie, ale przeraża mnie myśl, że racjonalne odżywianie na początku spowoduje wzrost mojej wagi. Myślę, że to, co robię, dotyczy wielu dziewczyn, ale jeśli nie musicie nie katujcie swego ciała!”

# 2: Sheila

# Kiedy była młodsza, rodzice i dziadkowie często nazywali ją idealnym dzieckiem. Była grzeczna, ładna, pogodna, z ochotą wykonywała wszy­stkie obowiązki. W przeciwieństwie do brata i siostry utrzymywała swój pokój w takim porządku, że nawet lalki stały na półce „według wzrostu". Nauczyciele, drużynowi w harcerstwie, trenerzy nie mogli się Sheili wprost nachwalić. Nie była typem przywódcy, ale chętnym do współpracy członkiem klasy, drużyny, zespołu.
Sheila zawsze pragnęła uznania w oczach innych, więc robiła to, czego od niej oczekiwano. Dorośli uśmiechali się do niej z aprobatą, a ona odwzajemniała te uśmiechy. Wszyscy sądzili, że jest szczęśliwą, małą dziewczynką.
Jej dzieciństwo jednak nie było pozbawione napięć. Ze względu na pracę ojca rodzina musiała się często przeprowadzać. Wydawało się, że za każdym razem Sheila szybko i spokojnie adaptuje się w nowym środowisku, ale często mówiła matce: „Gdziekolwiek pojedziemy, ma­mo, będziesz zawsze moim najlepszym przyjacielem". Na te słowa Matka rozpromieniała się i przytulała córkę do siebie. Sheila była jedną e i niewielu prawdziwych radości. Choć rzadko o tyra mówiła, nie m la takiego trybu życia, ciągłego pakowania się, konieczności oswajała się, co kilka lat z nowym miejscem. Dawniej nie przeszkadzało jej id aż tak bardzo, ale od pewnego czasu jej cierpliwość wyczerpywała się. Wynikiem tego były częste sprzeczki w małżeństwie. Choć nie było krzyków i awantur, pod powierzchnią bez przerwy tliło się napięcie, od czasu do czasu znajdujące ujście w „dyskusjach", które nigdy niczego nie rozwiązywały. Ojciec Sheili twierdził, iż nie chce ciągle się przepro­wadzać, ale jest to niezbędne dla jego kariery zawodowej, a także dla utrzymania odpowiedniego poziomu życia rodziny. Matka odpowiada­ła, że to szkodzi zarówno jej, jak i dzieciom; nigdy nie pozostali nigdzie wystarczająco długo, by mogła się z kimś naprawdę zaprzyjaźnić albo znaleźć satysfakcjonującą pracę. W tych nielicznych przypadkach, gdy praca dawała jej zadowolenie, musiała z niej rezygnować z powodu kolejnej przeprowadzki.
Dzieci miały świadomość napięcia narastającego między rodzicami, ale Sheila, jej brat ł siostra byli zazwyczaj tak zajęci obowiązkami szkolnymi albo zabawą w gronie kolegów, że po prostu wychodzili z pokoju. A jednak Sheila zapamiętywała każde przypadkowo usłysza­ne słowo. Była bardzo lojalna i to jeszcze bardziej przysparzało jej bólu. Kochała obydwoje rodziców, ale zorientowała się, że częściej jest po stronie matki. Odczuwała, więc wyrzuty sumienia z powodu nielojalności wobec ojca.
Jako dziecko Sheila nigdy nie mówiła mu, jak bardzo nienawidzi tych ciągłych przeprowadzek, ale w wieku dziesięciu czy jedenastu lat zaczę­ła się skarżyć matce. Tamta zaś żaliła się na to samo przed córką. Gdy Sheila skończyła dwanaście lat, żyła ze swą matką w wielkiej zażyłości. Wiedziała nie tylko o niezadowoleniu matki z trybu życia, ale także ojej pretensjach do męża o to, że nie dba o szczęście rodziny.
Za każdym razem, gdy przenosili się do nowego miasta, matka zapisy­wała dzieci do zespołu pływackiego. Sądziła, że jest to dobry sposób na szybkie zawieranie przez nie przyjaźni. Sheila zaczęła trenować pływa­nie w wieku siedmiu lat i zanim skończyła czternaście, objawiła swój talent w tej dyscyplinie. Kiedyś jeden z jej trenerów rzucił mimocho­dem: „Masz sylwetkę rasowej pływaczki, Sheila. Uważaj tylko, żeby nie utyć." Ta niewinna uwaga uruchomiła dzwonek alarmowy w umyśle Sheili. Nigdy nie miała nadwagi, ale jako dziecko była troszkę zaokrą­glona. Teraz, dzięki pływaniu, jej ciało stało się silne i gibkie. Żaczek l myśleć o sylwetce i swoich wymiarach. Czy aby nie przybiera na wa-j dze? Dieta na pewno nie zaszkodzi. W klasie miała kilka korpulentnych koleżanek i z pewnością nie chciała stać się do nich podobna. Wolała l wyglądać jak te szczupłe modelki reklamujące dżinsy.
Nic nie mówiąc rodzicom, Sheila zaczęła starannie kontrolować ilość przyjmowanych kalorii. Co rano ważyła się i zapisywała odczyt w note­siku zamykanym na klucz. Kupiła wideokasetę z ćwiczeniami i zaczy­nała od nich dzieli. Po lekcjach biegała dookoła szkolnego boiska, a przy obiedzie omijała z daleka ryż i ziemniaki. Wkrótce zaczęła też ograni­czać jedzenie mięsa, drobiu i ryb. Robiła to stopniowo, więc rodzice niczego nie zauważyli. W porze śniadania łapała grzankę i biegła do szkoły, na lunch w stołówce prawie niczego nie jadła.
W ciągu trzech miesięcy takiej „diety" Sheila zrzuciła cztery kilogra­my. Przez następne trzy miesiące — kolejne sześć. Zanim rodzice się zorientowali, że schudła — dla niepoznaki nosiła obszerne bluzki i swe­try — straciła piętnaście kilo dochodząc do wagi trzydziestu dziewięciu kilogramów. Przestała miesiączkować.
Kiedy rodzice uświadomili sobie powagę sytuacji, tradycyjne dyskusje o stylu życia prawie całkiem ustały. Rozpoczęły się natomiast sprzeczki o Sheilę i o to, co robić z jej dziwaczną „dietą". Ilekroć pytali ją, czemu je tak mało, zawsze odpowiadała, że nie jest głodna albo, że jest na diecie, „jak tyle innych dziewcząt".
„Nie mamy nic przeciwko diecie, ale powinna być nadzorowana przez lekarza" — przekonywali rodzice. — „A ty jesteś za szczupła, żeby się jeszcze odchudzać".
Sheila grzecznie, ale zdecydowanie odmówiła wizyty u lekarza. Każde z rodziców winiło drugiego o niedostateczną opiekę nad dzieckiem. Wreszcie matka zadzwoniła do pediatry i opowiedziała, jak jej córka straciła piętnaście kilogramów w ciągu niespełna roku. Ten odparł, że nie może postawić diagnozy przez telefon, ale wiele objawów wskazuje na anoreksję. Nalegał też, aby matka przyprowadziła Sheilę na badanie, które wykaże, czy te objawy nie mają podłoża fizjologicznego. Jeżeli jednak jest to anoreksja, ostrzegł lekarz, to trzeba będzie się zająć nie tylko zdrowiem fizycznym młodej osoby, ale i psychicznym.

# 3

# „wiesz chciałabym przytyć bo jak patrzę na te kobiety co maja pupki i mają facetów, którym to nie przeszkadza, to miło mi się robi, że takie tez się kocha, ale z drugiej strony boje się, że jak przytyje, to już nie będę ci się tak bardzo podobać, bo sam mówiłeś, że mam śliczne nogi i pupkę.... ehhh
jak widzę jedzenie, to jest mi czasem nie dobrze:( czasem jest dobrze to zależy od dnia czy humoru, jak jem z innymi jest mi źle, jedyne osoby, przy których mogę coś przekąsić to rodzice ty i moja przyjaciółka, choć z nią nie jest mi już tak łatwo, nie wiem, czemu, ale ty i mój tata - to osoby, którym bardzo ufam i nie mogę się przy was jeść, nie nalegacie jesteście dla mnie mili- ufacie mi- dobrze mi z wami. Jak jem czasem mam wyrzuty sumienia, czasem nie wiem od czego to zależy, wiem jednak, że nie wmawiam tego sobie, to tak jakby siedziała we mnie taka druga ja, która mówi, dobrze lub źle ze zjadłam, czasem zdaje mis się, że świat który mnie otacza to kalorie, wtedy jest najgorzej, boje się, ale to zwykle gdy jestem sama, czasem jest tak, że zjem coś i wydaje mi się, że od razu tyje, wiem to straszne i nie do pojęcia - pewnie myślisz ze sobie wmawiam, albo wymyślam, ale tak nie jest :(( To nie takie proste- ukrywam przed rodzicami, ze jest mi niedobrze na myśl o jedzeniu, że przezywam stres, jak widzę coś tłustego a każdy przezuty i połknięty kąsek przyprawia mnie o dreszcze- mój żołądek szybko się napełnia, aż za szybko i wtedy się wydyma i jest pękaty jak arbuz, teraz się sobie nie podobam, moim zdaniem jestem za gruba, cholernie się tego boje, nie umiem sobie poradzić, mam dołki- pełno ich miałam, wszyscy są tacy szczupli, rzadko kiedy odczuwam głód, o jedzenie proszę tylko aby zatuszować to, że nie mam na nie ochoty i prawdę mówiąc mam nadzieje, że ktoś mi odmówi:(((((( Nie wiem co się dzieje, gdy jestem z tobą jest dobrze, ale kiedy tylko siedzę sama pokoju robi mi się niedobrze na myśl o tym co dziś zjadłam, jestem przepełniona, jest mi źle;( Umieram z każdym dniem wieczorem, boje się jedzenia, przesiałam wodę przez sito aby tylko odsączyć kalorie, ja się boje, chce ćwiczyć jeździć na rowerze aby wszystkiego tłuszczu się pozbyć, jest mi źle w moim ciele;((( nie za bardzo mogę ćwiczyć, bo nie pozwala mi na to moje serduszko….”

# 4

# „Nie jestem anorektyczką, choć większość osób tak uważa. To, że miałam przejściowe problemy z jedzeniem, to nie znaczy, iż od razu można mnie zaszufladkować, w przedziale „Anoreksja”. Wszyscy się tym za bardzo przejmują! Oni sami nie umieją sobie z tym poradzić. A przecież każda dziewczyna, kiedyś chowała, wyrzucała, lub intensywnie ćwiczyła po posiłku, bądź odmawiała i mieliła w ustach mały kawałeczek jedzona, wtedy nawet, gdy nauczycielka zagroziła, ze nie wyjdzie z klasy dopóki nie zje…. Ona odmawia. U mnie się trzymało to przez ponad miesiąc i już mnie oskarżają o anoreksję! To jest dość niesprawiedliwe- kiedyś byłam chora? Może i tak było, ale teraz już jem! Dlaczego nikt tego nie widzi? Dlaczego nikt nie zwraca uwagi na to, że ja już jem, wszyscy rozpamiętują tylko te czasy, gdy nie jadłam, bo…. A może rzeczywiście nie miałam ochoty tego zjeść?!
Teraz od tygodnia jest już dobrze, zaczęłam wcinać i jem, tylko, że mało- jak twierdzą, ale jem! Dość tego, od 7 klasy podstawówki, prowadzę te głupią grę w odchudzanie! Nie chce już tak! Nie chce! Chce wreszcie móc coś zjeść i nie mieć pretensji sama do siebie, że to coś w głowie zacznie mi mówić, ze źle robię! Nie chce już tak!”

# 5

# „Wiem, że czasem jest trudno, i że powtarzałam to bardzo często i chyba każdy już słyszał ode mnie słowa: „Teraz naprawdę już będę jeść”. Powiedzieć łatwo, wykonać gorzej…. Czasem mi się udaje, ale co zrobić z tym odpychającym czymś, co siedzi w mojej głowie i mówi, aby nie jeść? To taka walka z samą sobą, a jak wiadomo, tak jak w każdej walce…. Raz się wygrywa, raz przegrywa.
Teraz się czymś strułam i jestem legalnie na kleikach i czymś „lekkim”. Nie ukrywam cieszę się z tego, bo raz na jakiś czas należy mi się odpoczynek on wpychania w siebie wielkich ilości jedzenia.
Dziś mówię, że chce jeść, a jutro? Jutro mogę powiedzieć, że mam wszystkiego dość i, że nikt nie zmusi mnie do jedzenia. Jak to powiedziała moja przyjaciółka: „Anoreksja jest jak alkoholizm. Zawsze będzie trwać. To zależy od tego czy będziesz miała dobry czy zły dzień i czy zechcesz walczyć z niejedzeniem. Wszystko zależy od twojej silnej woli.”
Najważniejsze jednak jest to, że gdy już jest dobrze to, aby nigdy nie tracić cierpliwości, to jest ostatni klucz, który otwiera drzwi….”

# 6

# „Przywiązałam się do choroby, tak jak do pluszowego misia, którego nie można po prostu opuścić”.

# 7

# „Gdy ogarnia mnie kiepski nastrój odmawianie sobie jedzenia sprawia mi ulgę, przynajmniej na chwilkę. Gdy jestem zniechęcona do samej siebie, nie wiem jak to zmienić- wtedy nie jem. Moje niejedzenie jest sposobem na przetrwanie, samoobroną przed stresem i narzucaniem mi cudzych racji.”

# 8

# „Kiedy siedziała przy obiedzie z rodziną jedząc sałatkę, chciałam im pokazać, że jest coś co choć troszkę zależy ode mnie- moje odżywianie, waga, wygląd. Oni przez całe moje życie decydowali o wszystkim. Matka mówiła mi zawsze, jak mam się zachować, ubierać, a nawet czuć. Kiedy byłam mała, ciągle mówiła, co robimy, albo że coś lubimy. Nigdy nie mogłam dopowiedzieć za siebie. Nie chciałam żeby mnie źle rozumieli, nie chciałam się kłócić, więc wzięłam sprawy w swoje ręce….

# 9

# „Waga łazienkowa u koleżanek czy higienistki szkolnej stała się wyrocznią. To od niej zależało czy będę mieć dobry czy zły dzień- 1kg więcej- zły, 1- mniej – dobry.”

# 10

# Jeszcze trwam…. To już 7 dni. Czasem sił mi brakuje. Ale staram się je zawsze wyciosać z iskierki. Mam marzenia- wiem gdzie mam pukać. Choć są inne niż wszystkie to i tak będę ich bronić, bo są moje, są tylko, tylko moje! Nikt mi ich nie odbierze. Choć tyle chamstwa i niesprawiedliwości na świecie, ludzie kradną i zabijają, marzenia będą i nie pozwolę sobie ich zabrać. Jem już normalnie 7 dni. Jest ciężko, ale daję radę. Myślę głową, Jestem sobą. Mam to, to w sobie mam to. Znam to.
Tak się składa, że to moje życie własne i nie pozwolę sobie go zabrać, ani nim kierować. Jest ciężko, ale nikt mi nie powiedział, że w życiu będzie łatwo. Chcę coś zdobyć, to nie mogę się załamać. Muszę żyć pełnią życia. Czekam na swoją szansę, choć w życiu dziwnie się układa, tak jak w kartach w pasjansie, więc na baczności mam się. Staram się i chciałabym już naprawdę normalnie coś zjeść i nie mieć tych cholernych głosów w głowie, które w ukryciu mówią, że robię źle…. Ale nie chce, aby ktoś mną kierował. Jest trudno i ciężko. Często załamki. Nie mogę się poddać. Wcinam lizaka, ok. 60 kalorii. Nie poddam się, choć jest mi źle. Jak nie dla siebie, to muszę to zrobić dla innych…. Jeśli nie dla siebie….

# 11: Paweł

# Wbrew temu, co się powszechnie sądzi anoreksja nie jest chorobą, która dotyka tylko dziewczynki. Choroba ta nie wybiera zbierając żniwo wśród obu płci. Jednym z chorych chłopców jest Paweł. Ma on 20 lat. Obecnie waży około 30 kilogramów przy wzroście 185 centymetrów nie jest to jego najmniejsza waga. Gdy trafił do szpitala ważył raptem 25 kilo. Miał kilka rozległych zawałów serca, wielokrotnie jego serce przestawało bić. Udawało się go odratować tylko dzięki reanimacją, przez to połamano mu wszystkie żebra, ale nie to jest jego największym problemem. Tak ogromne wyniszczenie organizmu spowodowało zatrzymanie pracy wątroby, dlatego też nie wiadomo, czy Paweł będzie mógł dalej żyć. Jednym z powikłań po reanimacji było opadnięcie płuca i obustronne zapalenie płuc. Każda choroba osłabia tylko jego wyczerpany organizm.
Paweł jak większość anorektyków nie widzi w swoim wyglądzie nic złego. Długie pobyty w szpitalu uważa za normalne i mimo że obiecuje, iż będzie normalnie jadł, niestety nic z tego nie wychodzi. Jego układ pokarmowy nie przyjmuje już normalnych pokarmów, co będzie dalej, nie wiadomo ….

# 12: Kasia

# Jest w ośrodku zamkniętym w jednym z Większych miast Polski. Jest bardzo osłabiona przez anoreksję i wyniszczona fizycznie i psychicznie. Kasia jest bardzo podporządkowana rodzicom przy nich ulega totalnej regresji, trzeba ją karmić, zmieniać pampersy. Rodzice zdominowali ją, nie chcą uznać jej za chorą i nie chcą zrozumieć, co jej jest- to bardzo dziwna rodzina. Kasia ma 20 kilka lat regresja-, czyli cofniecie, sie do wcześniejszej fazy rozwoju- pochłania ją i sprawia, że momentami zachowuje sie jak trzyletnie dziecko, nawet mówi lekko sepleniąc, za chwilę starając się być normalną kobietą, dorosłą i odpowiedzialną. Boi się nawiązywać kontaktów z ludźmi, najczęściej leży w pokoju w ośrodku i patrzy się w sufit. Obecnie wyszła ze szpitala, co jednak nie znaczy, że jest zdrowa…. Jak wychodziła to ważyła 40 kilo i twierdziła, że to już normalna waga, a ma 162 cm. Gdy trafiła to ośrodka ważyła 33 kilo. Teraz wyszła i jeśli odstawi leki będzie ważyć około 38 kilo- wyszła, bo na razie więcej nie można jej pomoc. Po odstawieniu leków schudnie ze dwa kilo, bo to sterydy. Nie pójdzie do terapeuty, bo jej rodzina nie widzi takiej potrzeby i ona też nie ma na to ochoty! Rodzice mówią tylko, że ze powinna zacząć jeść i nie zachowywać sie jak dziecko. Żeby ją zostawić w ośrodku bez jej zgody trzeba mieć zgodę sadu, a to nie takie łatwe, bo ona jest pełnoletnia i wobec istniejącego prawa sama za siebie odpowiada. Jej rodzice są dość znani w mieście i nie chcą rozgłosu- to taki typ rodziny, gdzie sie wszystkie problemy zakopuje głęboko i o nich sie nie mówi. Choroba daje jej prawo ucieczki w dzieciństwo np. przekupywanie jej żeby zjadła daje jej to, że jest w centrum zainteresowania. Je tylko sałatę i nic więcej, raz zjadła przy opiekunce jajko, ale zaraz je zwymiotowała wsadzając palce do gardła. Ją po prostu trzeba karmić i tyle ale czy to ma sens, jeśli ona i tak stara sie zwracać?....

# 13: M.K.

# Cztery szare ściany, niewygodne łóżko i chwiejąca się szafka. Obok stojak na kroplówki- oto krajobraz mojego szpitalnego pokoju. Czemu tu jestem? Jakim sposobem się tu znalazłam? Czy jest jakiś ratunek? Jak długo tu pozostanę? Jaka moc sprawiła, że jestem cieniem człowieka? Co zjada moje wnętrze i nie pozwala mi żyć normalnie? Czy mam siłę do walki?
Odpowiedź jest jedna- ANOREKSJA. Dałam się jej zwieźć. Poprowadziła mnie jak niewidzialna dłoń do ruiny. Pochłonęła mój umysł i ciało. Dla mnie stała się przyjaciółką, a dla moich bliskich wrogim, który niszczy mnie i ich samych.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Zaczął się Adwent, moim postanowieniem była rezygnacja ze słodyczy. Jednocześnie było to dla mnie pewną próbą charakteru, gdyż takiemu łasuchowi jak ja, nie było łatwo bez czekoladek. Rodzice nigdy nie mieli ze mną problemów. Byłam wzorową córką i uczennicą. W dzienniku widniały same piątki, szóstki i gdzieniegdzie czwórki. Moją pasją była matematyka i jej tajniki. Uczęszczałam na indywidualne zajęcia z tego przedmiotu, rozwiązywałam dodatkowe zadania... Lubiłam też geografię, szczególnie Polski. Moim marzeniem było studiowanie na SGH. Pojechałam nawet do Warszawy na dni otwarte uczelni i z wielką pasją rozwiązywałam zagadnienia z egzaminów wstępnych z ubiegłych lat (byłam wówczas trzeciej klasie LO). Na brak towarzystwa też nie mogłam narzekać. Miałam mnóstwo koleżanek i kolegów. Mój chłopak był najprzystojniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nie wspomnę o jego idealnym charakterze i o tym, że naprawdę mnie kochał. Byłam uważana za atrakcyjną dziewczynę. Przy wzroście 164cm, ważyłam 52kg. , miałam umięśniony brzuch, smukłą talię, ładne nogi. Z resztą nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak wyglądam, bo miałam ważniejsze rzeczy na głowie: lekcje gry na fortepianie, czy też kółko matematyczne... Rezygnacja ze słodyczy nie była więc żadnym odchudzaniem, a jednak......... Bez jedzenia łakoci wytrzymałam cały Adwent, okazałam się silna, postanowiłam więc, że nie będę spożywała również kolacji. Czułam się świetnie i wtedy dziewczyny zaczęły opowiadać o swoich dietach. W porównaniu z nimi, moje rezygnacje ze słodyczy i kolacji nie były satysfakcjonujące. Byłam ambitna, więc nie mogłam na tym poprzestać. Zaczęłam się pilnować: zrezygnowałam z posiłków smażonych i kupowałam produkty o obniżonej kaloryczności. Cokolwiek zjadłam, było to momentalnie przeliczane na kalorie, które natychmiast musiałam spalić. Ćwiczyłam w każdej wolnej chwili. Efekty stały się widoczne. Dziewczyny z wielką zazdrością mówiły mi, że schudłam. Byłam dumna. Znów udało mi się coś osiągnąć. Byłam szczupła i mimo to, że inne też się odchudzały, nie odniosły takich rezultatów jak ja. Moje jedzenie stawało się coraz skromniejsze. Nauczyciele zaczęli zauważać moja apatię. Straciłam kontakt ze znajomymi. Byli mi obojętni. Najważniejsze było dla mnie osiągnięcie jak najlepszych wyników w odchudzaniu. Marcin- mój chłopak obchodził mnie też coraz mniej. Fajnie, że był, ale moją największą miłością był pusty żołądek. Rodzice zaczęli się niepokoić, gdyż „jadłam” tylko wtedy, gdy ich nie było. Moim jedynym posiłkiem było jogurt 0% tłuszczu. Mama była niezadowolona, więc by nie budzić jej złości defiladowałam po pokoju z talerzem pełnym okruszków, udając, że przed chwilą spożyłam kanapkę. Chętnie pomagałam jej w kuchni, dając do zrozumienia, że nie unikam kontaktu z pokarmem. Kiedy przynosiła mi słodką bułeczkę natychmiast lądowała na parapecie, by zjadły ją ptaszki, bo jak można zjeść 300kcal. Kanapki przyrządzane do szkoły były rozdawane kolegom lub wyrzucane psom. Zbliżał się koniec roku, a ja z dnia na dzień znikałam. Pani od angielskiego zaproponowała mi wyjazd na obóz językowy, sponsorowany przez Kuratora Oświaty, gdyż byłam jedną z najlepszych „anglistek”. Mama wyraziła zgodę. Bardzo czekałam na wyjazd, gdyż wiedziałam, że nikt mnie tam nie będzie kontrolował. Nadszedł 1 lipca. Pożegnałam się z rodzicami i wyjechałam. Mama spakowała mi cały plecak słodyczy, które rozdałam nowym koleżankom. Nie jadłam praktycznie nic. Zadawalałam się kromką pieczywa chrupkiego lub połową grejpfruta dziennie. Sięgałam po owocowe landrynki na przeczyszczenie i non- stop piłam herbatki „Figura”. Na zajęciach byłam zniechęcona, mimo temperatury 27°C, ja chodziłam w długich spodniach i bluzie. Nie chciało mi się nic. Kładłam się spać o 22.00, by jak najszybciej mijały te koszmarne, przeklinane przeze mnie dni. Ciągle płakałam, nic mi się nie chciało. Na obozie schudłam naprawdę dużo, mimo to, że trwał on tylko 3 tygodnie. Po powrocie rodzice załamali ręce. Powitali nie ich kochaną Matusię, ale jej cień, przytulili nie jej młode ciałko, ale 36 kilogramowy szkielet. Obiecałam im wtedy, że przytyję. Miałam dosyć ciągłych oszustw. Co noc modliłam się i prosiłam Boga, by to coś, co we mnie siedzi odeszło, bym znów była sobą. Powtarzałam sobie: „Marta, ty głupku zjedz. Po prostu zjedz.”. Nie mogłam. Ta wewnętrzna blokada była ode mnie silniejsza. Coś w środku bało się jedzenia. W sierpniu przyjechała do nas rodzina z Warszawy, było to kolejnym pretekstem do bycia samej, gdyż mama przebywała z ciocią, tata z bratem ciotecznym, a siostra z kuzynką. Codziennie jeździłam nad jezioro, by tracić kalorie, pytanie tylko, jakie kalorie, gdyż nadal jadłam tylko jabłka. Pływałam do kresu sił, później wychodziłam na rower, rolki i biegałam dziennie około 16km. Kiedy mój chłopak wrócił z Anglii rozpłakał się, mnie to nie bolało, wręcz przeciwnie było motywacją, by schudnąć jeszcze bardziej. Ludzie zaczęli zaczepiać moją mamę i udzielać jej głupich wskazówek: „Pani córka potrzebuje pomocy.”, „Czy Marta jest chora?”, „Pańska córka na pewno ćpa.”... Każdy posiłek musiałam jeść z rodzicami. Mama wyznaczyła godziny śniadania, obiadu, podwieczorku i kolacji. Wszystko było pod jej kontrolą, tak jej się zdawało. Każdy kęs był niemiłosiernie bolący, płakałam za każdym razem, kiedy siadałam do stołu. Nienawidziłam jedzenia. Bardzo denerwowało mnie, gdy mówiła: „ Włóż sobie więcej sałatki”, „Ukrój chleba grubiej”, „Posmaruj kromkę masłem”, „Może chciałabyś dokładkę”. Dokładnie wiedziała, że zawsze powiem „NIE”. Nie wiem na co liczyła. Mimo to, że przy spożywaniu pokarmu mama przy mnie była, to i tak udawało mi się kombinować. Wsadzałam kotlety między żeberka od kaloryfera, lub przetrzymywałam jedzenie w ustach, często chowałam je pod bluzkę, do rękawa... Wszystko to robiłam wbrew sobie. Nie chciało mi się żyć, bo co to za życie, kiedy się ciągle płacze i popada w depresje. Miałam dość wszystkiego: moje uda przypominały mi balerony, mimo, że mogłam je objąć palcami, ramiona wydawały mi się być obrośnięte sadłem, mimo to, że potrafiłam je objąć kciukiem i palcem serdecznym. Nie radziłam sobie. Wzięłam szczotkę drucianą i zaczęłam nią szorować moje ręce. Zaczęła lecieć krew. Opanowałam się. Kiedy mama zobaczyła zadrapania, oznajmiłam jej, że to nasz królik mnie tak załatwił. Rodzice stawali się powoli kłębkami nerwów. Po rozpoczęciu roku szkolnego, nikt nie mógł mnie poznać, chodziłam do szkoły jak niewolnica, ubrana w trzy swetry i grube spodnie( mimo ciepłego września). Nie miałam siły ćwiczyć na lekcjach wychowania fizycznego. Kiedy biegliśmy na 60m., noga mi się obsunęła z bloku startowego. Stało się coś dziwnego, gdyż w ogóle nie mogłam nią ruszyć. Stopa była jak flak, zupełnie bezwładna. Chodziłam od tamtej pory jak żuraw. Moja wychowawczyni przeprowadziła ze mną poważną rozmowę.... Dla niej poważną, bo ja kłamałam. Mówiłam, że schudłam ot, tak sobie, bez żadnych diet. Z dnia na dzień byłam coraz słabsza, nie było godziny, podczas której bym nie płakała, nie myślała o jedzeniu. Nadal ćwiczyłam, mimo to, że zrobienie skłonu było dla mnie olbrzymim wysiłkiem. 28 września, kiedy już nie miałam sił, by podnieść się z łóżka rodzice mi oświadczyli: „Jedziemy do szpitala córeczko, robimy to dla twego dobra. Znaleźliśmy miejsce odpowiednie dla Ciebie, gdzie cię wyleczą. Zobaczysz wszystko będzie dobrze.” Chciałam jechać, naprawdę chciałam, bo wiedziałam, że sama sobie nie poradzę, a na nosie była matura i studia. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że jestem chora. Wyjechaliśmy. Szpital był paskudny. Położono mnie na salę, gdzie nie było anorektyczek. Dano mi szpitalną pidżamę, taką bez kieszeni, bym nie miała, gdzie chować jedzenia. Moje szafki były sprawdzane kilka razy dziennie, gdyż jak powiedziała pani docent: ”Pamiętaj, tu nikt nie wierzy anorektyczkom”. Kiedy w izbie przyjęć kazano mi stanąć na wagę, mama zamarła: ważyłam 34,5 kg. Lekarze powiedzieli rodzicom, by nie dzwonili zbyt często i nie przyjeżdżali do mnie. Byłam sama. Leczenie polegało na ważeniu mnie co dwa dni. Pierwszy tydzień mijał jak miesiąc. Przynoszono mi posiłki i patrzono, jak jem. Zaraz po nich miałam kroplówki, gdyż twierdzono, że wymiotuję, ale ja nie wymiotowałam. Nie tyłam. Wiedziałam, że nie wypuszczą mnie do momentu, kiedy nie przybiorę kilogramów, ale ja nie tolerowałam jedzenia. Wydawało mi się, że po każdym kęsie puchnę. Był moment, kiedy stwierdziłam, że jestem za chuda, ale co z tego, bo i tak bałam się przytyć. Traktowano mnie jak zwierzę. Żadnych wizyt, wychodzenia, nawet do toalety chodziłam pod kontrolą. Po każdym obchodzie mówiono mi: „Jeżeli nadal tak będziesz postępować, to jesteś skreślona, nie pójdziesz na studia, będziesz leżała w tym szpitalu do końca życia, którego i tak niewiele Ci zostało.”. Te słowa tak bolały, ale nadal nie przekonywały mnie do jedzenia. Drugi tydzień pobytu w szpitalu to były badania. Wsadzano mi rury do gardła, miałam sondę i gastroskopię, prześwietlenia, USG... Po prostu wszystko. Stwierdzono u mnie spowolnioną akcję serca. Z nogą też nie było ciekawie: robiono mi EMG i inne bolesne badania, polegające na wkłuwaniu w mięśnie igieł i przewodzeniu przez nie prądu. Okazało się, że mam zanik mięśni w nodze, dodatkowo początki osteoporozy i meszek anorektyczny na karku, ramionach, i brzuchu. Rodzicom powiedziano, że jeżeli nie zacznę jeść, to chwila moment dzieli mnie od wstrzymania akcji serca. Nic mnie to nie ruszało. Zawsze udawało mi się skryć gdzieś jedzenie, a kąpiąc się pod prysznicem trochę poćwiczyć. Mijały dni, a ja ciągle leżałam w tej śmierdzącej pościeli. Nie miałam warunków do nauki, więc pogodziłam się zmyślą, że maturę będę zdawała za rok. Aż nagle przybiegł do mojej sali sanitariusz. „Szybko, chodź ze mną, Docent Cię woła!!!”. Nie wiedziałam o co chodzi, ale pobiegłam. Zaprowadził mnie do sali, gdzie stało całe zgrupowanie lekarzy. Wcisnęłam się w ten tłum i zobaczyłam młodą dziewczynę. Miała bardzo szczupłą twarz i takie zmęczone oczy. Nie pytałam o nic, tylko patrzyłam. Jeden z lekarzy odkrył kołdrę.........Tak, ona jest anorektyczką. Miała takie zamglone oczy, nie odzywała się, czułam, że coś jest nie tak. Wtedy docent spojrzała na cały mechanizm podłączony do niej i spokojnym głosem powiedziała: „Tracimy ją”. Nie mogłam uwierzyć. Zaczęła głośno sapać. Krzyknęłam: „Zróbcie coś”. Zamknęła oczy, zbladła, leżała w zupełnym bezruchu, taka spokojna, jakby było jej dobrze. Wybiegłam z sali płacząc. Poszłam do sklepiku i drąc się zażądałam tabliczki czekolady. Zjadłam ją, tak jakbym nigdy w życiu nie miała nic w ustach, z resztą czy miałam?...........Psychiatra stwierdził, że mój stan psychiczny jest lepszy. Zaczęłam tyć, może nieznacznie, gdyż różnica na wadze wynosiła 300 gram., ale to i tak był sukces. Nie powiem, że moje tycie było czymś, co mnie radowało, ale wiedziałam, że to dla mnie jedyny ratunek. W miarę wzrostu wagi pielęgniarki zaczęły traktować mnie jak człowieka, pani Docent chwaliła mnie przy każdym obchodzie, odstawiono kroplówki, co było prawdziwym sukcesem. Odzyskiwałam humor i radość z życia. Ale...... Zadzwoniła mama. Była wściekła. Znalazła w mojej szafce resztki jedzenia. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie chciałam znów kłamać i dalej iść w to bagno, więc przyznałam się, opowiedziałam jej o wszystkich mich kombinacjach. Powiedziała mi tylko: zawiodłam się na tobie, zapomnij o szybkim powrocie do domu, bo już raz prawie Cię zabiłam. Byłam na siebie zła, ale dało mi to większą mobilizację do jedzenia. Po kilku dniach znów zadzwoniła mama z niezwykle radosną wieścią: „Za dwa dni przyjeżdżamy po ciebie”. Nie mogłam uwierzyć. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nauczyłam się odpowiadać sama za siebie. Pokonałam chorobę. Czuję się silna, gdyż udało mi się dokonać czegoś, czemu Krysia (umierająca przy mnie dziewczyna; studentka medycyny, niezwykle zdolna osoba, która cierpiała na anoreksję rok) nie mogła sprostać. Widok rodziców był dla mnie jak cud. Od razu pojechaliśmy na wspólny obiad. Nie zapomnę wyrazu twarzy mojej mamy, która wprost nie mogła uwierzyć, że jem. Popłakała się. Ta wspaniale było widzieć jej uśmiechniętą twarz.
Minęły już dwa miesiące od mojego wyjścia ze szpitala. Czuję się dobrze. Jem normalnie, wszystko. Nie powiem, że jest to dla mnie łatwe, ale z biegiem czasu staje się codziennością. Przytyłam i wcale nie wyglądam jak potwór. Wszyscy mówią, że staję się coraz bardziej atrakcyjna, że znów mam zaokrąglony tyłeczek, uda i w ogóle. Najważniejsze jest to, że jestem pogodna i nie płaczę już tak często, że znów układa mi się z Marcinem, że mam dobry kontakt z rodzicami, że odzyskałam koleżanki i wspierają mnie one w leczeniu. Noga??? Z nogą trochę lepiej, ale za to pogorszyła mi się wzrok i włosy wypadają mi garściami. Ale to nic, bo żyję. Życie jest naprawdę cudem. Wszystko jest takie kolorowe, niesamowite. Wszystko przynosi mi radość. Modlę się, by już ciągle tak było, by Krysia była szczęśliwa w niebie i żeby Bóg karmił ją łakociami, których nie jadła za życia. Mam wszystko, czego chcę. Życie jest PIĘKNE.
Mój apel jest jeden i jedyny: dziewczyny, bójcie się anoreksji, bo ta choroba nie niszczy tylko was, ale wszystkich dookoła. Jest niezwykle podstępna, gdyż wyjada wasze wnętrze i opanowuje umysł. Nie daje żyć normalnie. Wstydzę się jej, tego, że udało jej się mną zawładnąć. Strzeżcie się, bo ANOREKSJA TO ŻMIJA, KTÓREJ JAD JEST ŚMIERTELNY.

Zapiski ze Szpitala Wojewódzkiego  w Białymstoku,
w którym przebywałam od 27.IX.2002roku

# 14: Pawlaczka

# Mam 14 lat,178cm i ważę 60kg. Pewnie się domyślacie, że tu nie chodzi o mnie. Zaraz się dowiecie co się stało z Jedną z was. Normalnej nastolatce wydaje się, że chora dziewczyna na to, to jest taka, co chudnie w oczach i widać jej kości. Muszę przyznać, że na początku też miałam takie zdanie. Ale po weekendzie, który spędziłam na necie w poszukiwaniu materiałów, stwierdziłam, że każda dziewczyna może być chora nie zależnie od wagi, bo to jest głównie choroba duszy.
Wpadłam wtedy na waszą stronę (http://www.anoreksja.vti.pl/) ...czytałam i czytałam... Sama stwierdziłam, że chce być chuda i chce być modelką. To stało się moim marzeniem numer jeden. I wtedy byłam nawet w stanie poświęcić życie dla tego... byłam głupia. Poznałam na forum wiele dziewczyn, które stały się moimi dobrymi kumpelami. Potem wymieniałyśmy się numerami na gadu- gadu. I tak nasza znajomość stawała się coraz lepsza. Po pewnym czasie kontakt się nam urwał, nawet nie wiem, dlaczego. Ale stale rozmawiałam z Dominiką i z Natashą. Dominika mnie ostrzegała, że mam na siebie uważać, bo nie warto tracić życia dla pięknej figury... Opowiadała mi jak to było z nią, jak chorowała i jak choruje dalej. Nataszce staram się pomóc. Kiedyś do niej zagadałam i odezwał się jej braciszek. On ma chyba 26 lat (nie gniewaj się, gdy za dużo ci dodałam), a Dominika 19. Ona studiowała w Krakowie dwa kierunki: prawo i strategie. Średnią w szkole średniej miała 5,4. Była kochaną nastolatką, która w wieku 16 lat ważyła 56 kg, a trzy lata później, (w których się głodziła) doszła do wagi 26 kg. Wylądowała w szpitalu, gdzie spędziła 3 tygodnie. Ja mieszkam 500km od niej i się koło niej nie zjawiłam, ale byłam sercem z nią. Przed pójściem do szpitala chłopak z nią zerwał, co było dla niej kolejnym ciosem. Lubiła jeździć po świecie, częsta nieobecność w domu, sprawiła, ze nikt nie wiedział jak chorowała. Braciszek ze mną często rozmawiał, ale bardziej ogólnie, o życiu. Mówił, że nie ma Dominiki, bo była w Krakowie (studia) i tak to już z nią nie porozmawiałam i na pewno już nie porozmawiam...może kiedyś tam w niebie...Jak była w szpitalu jej braciszek się zdenerwował i powiedział, że nie będzie do niej chodzić bo ona się zabija. Ale wiadomo, że w takich chwilach dla człowieka, który cierpi najważniejsze jest czuć się kochanym. Nawrzeszczałam na niego i powiedziałam, że ma się wybrać do szpitala i porozmawiać, pokazać jej, że jest kochana. On na początku stawiał opór, ale po pokazaniu mu pewnego materiału o Patrycji, że ona umiera, a potem o tym, że Jej mąż tak za nią tęskni jak umarła; on wydrukował wszystko i poszedł do niej do szpitala. Pokazał jej, co się stało z Jedną z was. Ona się popłakała, on też. Płakali jak dzieci. Ona po przeczytaniu „Good bye” obiecała, że wyjdzie z tego, założy rodzinę, będzie miała dzieci, a bratu kazała już na marzec kupić bilety do Włoch bo chciała jechać na pizze. On przyniósł jej jedną, ale tylko udawała, że je. Naprawdę zjadła tylko 2 plasterki ananasa. On chciał z nią zostać na noc, albo, chociaż na dłużej. Ale Dominika powiedziała, żeby sobie poszedł. O 7:15 Dominika umarła. Dominika zagłodziła się na śmierć, serduszko nie wytrzymało....Lekarze mówią, że to z odwodnienia... on mi to powiedział tego samego dnia tylko że późnym wieczorem. Ryczałam, zabolało mnie, że taka głupia choroba może zniszczyć taką piękną i mądrą osobę. Ja z nią rozmawiałam i mnie pouczała żebym nie wpadła w ta chorobę tak jak ona, po prostu nie chciała, by ktoś umierał tak jak ona. Jej rodzice są załamani, a brat ma wszystko na głowie i musi sam wszystko pozałatwiać. Ta kobieta była niesamowita, kochana tak jak wy wszystkie. Żadnemu mojemu wrogowi ani żadnej osobie na świecie nie życzę takiej choroby, takiego umierania. Dziewczyny! ona miała anoreksje 3 lata i umarła, ale nie wątpcie w swoje życie, bo wszystko przed wami pod warunkiem, że będziecie walczyć. Brat Dominiki nie chciał pisać tutaj o tym, ale powiedział żebym ja postarała się. A więc się staram.........jak któraś z was chce ze mną porozmawiać to napiszcie na maila: pawlaczka6@o2.pl, lub na gg: 4350748....
Trzymajcie się piękne i mam nadzieję, że do niektórych was to trafiło.

# 15: Umierająca

# umierająca. właśnie taka jestem. waga pokazuje 51,1 (funtoow, czyli kg ok- 23,17). numery są magiczne, jasno święcące na cyfrowej tarczy.
I radość jaka czuje, euforie, lżejsza (jaśniejsza?) niż powietrze, chce łatać, szybować po niebie. jestem najchudsza. najchudsza. taki był mój wczorajszy dzien. Mam 5'4 (161cm) i 51 funtoow (23,12 kg). klinicznie umieram.
I jeśli właśnie to ma uczynić mnie najchudsza, chudsza niż każda inna anorektyczka, niech tak będzie.
moje oczy są zapadnięte, ciemne koła pod nimi. moja skora jest żółta, cienka jak papier i rozciągnięta ciasno miedzy moimi kośćmi. można policzyć moje zebra, ostro wystają, biodra i kolana odznaczają się pod ubraniami, wszystko ze mnie spada.
Kocham kości. kocham jasne, opadające włosy, obojczyki, które ZAWSZE musze sprawdzić, czy sa widoczne. na moje nieszczęście, i moje 15 lat choroby z 9 hospitalizacjami, dokarmiającymi rurkami i doświadczeniami, podczas których o mało nie umarłam, z korona panującej "królowej anoreksji" NIGDY SIĘ NIE BAŁAM.
nie myślałam "musze wydobrzeć, musze jeść. Nie mogę tak żyć". nie uczulam "musze wyzdrowieć".
Ta tortura, to umieranie z głodu, wymęczające ćwiczenia dzień po dniu, psychiczny strach, wyczerpanie, uczucie zimna przeszywającego kości to nałóg, którego nie mogę przerwać.
Mój cel to schudniecie do 50 funtów (22,67 kg), przetrwać więcej dni głodując i dłużej ćwicząc. Nie jestem normalna. Wiem o tym. Czy oni, nie rozumieją, ze ja to wiem.
"emily, jesteś ofiara obozu koncentracyjnego" mówią mi to ciągle i ciągle. jak zacięta płyta. Moje ciało mówi: "daj mi jedzenie", głowa odpowiada "nie ty tłusta, ohydna świnio! nie możesz jeść!". I ewentualnie się załamuję. Moje ciało nie może dłużej tego znieść. Po prostu zasypiam.
Wstaje z pulsującym bólem głowy, ale próbuje i karze sama siebie 2- godzinnym bieganiem. Umieram. Ale musze być najchudsza.
no i jak, milo jest być anorektyczka, prawda? a przecież to nie jest tekst z księżyca, takich dziewczyn sa miliony. i wcale nie musza ważyć 22kg żeby być anorektyczkami, liczy się sposób myślenia, a nie waga.

 

 

:: copyright 2003-2004 [ A. L. & P. M.] all rights reserved ::